Po prostu bardzo lubię pomagać ludziom
Z zastępcą komendanta bialskiej policji, młodszym inspektorem Andrzejem Korolczukiem, który 17 lutego - po 33 latach służby - odchodzi na emeryturę, rozmawia Wojciech Sumliński.
biała podlaska
Zaczynał pan służbę w niełatwych czasach, na przełomie lat 70 i 80. Co pana, człowieka głęboko wierzącego, skłoniło, by w tamtym czasie wstąpić do milicji, było nie było, kojarzonej z reżimem?
Pobudki mniej i bardziej przyziemne. Te pierwsze, to przekonanie, że można służyć społeczeństwu nie angażując się w politykę. I z perspektywy czasu mogę ocenić, że to się udało. Nie będę ukrywać, że jakieś znaczenie miały też względy ekonomiczne. Dla młodego człowieka, który po śmierci najbliższych osób musiał zrezygnować ze studiów, była to szansa na stabilizację.
Cena za tę stabilizację była jednak wysoka...
I tak i nie. Nigdy nie wstąpiłem do partii, choć były naciski w tym względzie, ale jakimś cudem za swój upór udało mi się uniknąć poważniejszych konsekwencji.
Podobnie było z komisjami, które w tamtych czasach sprawdzały nawet, czy milicjanci nie maja aby krzyży w domach. Te komisje także szczęśliwie mnie omijały. Z najważniejszymi wydarzeniami też sobie poradziłem: ślub, by nie kłuć przełożonych w oczy, wziąłem w Warszawie na Żoliborzu u zaprzyjaźnionego księdza w kościele św. Marii Magdaleny, a chrzest dziecka mieliśmy nie zwyczajowo w niedzielę, lecz w piątek wieczorem, u księdza Korszniewicza w Międzyrzecu.
I właśnie z Międzyrzecem pan, bialczanin z urodzenia, związał swoje życie. Tu pan zamieszkał i przez lata był komendantem. Jak z perspektywy czasu ocenia pan ten wybór?
Gwoli prawdy w Białej Podlaskiej urodziłem się trochę przez przypadek. Rodzice, z pochodzenia podlasiacy, mieszkali wtedy w Świnoujściu i w rodzinne strony, do Białej, przyjechali na wakacje. W efekcie tu przyszedłem na świat, po czym rodzice zabrali mnie nad morze i na Podlasie wróciłem dopiero po latach. A wracając do meritum pańskiego pytania – to był dobry wybór. W Międzyrzecu i w ogóle na południowym Podlasiu zawsze czułem się wspaniale, bo to dobre miejsce do życia.
33 lata służby, to szmat czasu. Jaki to był czas dla pana?
Zawsze lubiłem tę pracę. W służbie się realizowałem, znajdowałem satysfakcję, gdy mogłem pomagać ludziom. To naprawdę wspaniała praca pod warunkiem, że człowiek jest twardy, lubi mundur i odrobinę adrenaliny. Bo to nie jest robota dla mięczaków. Policjant musi być wrażliwy na ludzka krzywdę i nie może być słaby psychicznie.
Co w tej pracy było dla pana najbardziej zaskakujące?
Bezmiar ludzkiej bezduszności. Pamiętam taka scenę: przyjeżdżam do domu, który spłonął i widzę zwęglone zwłoki małego dziecka. Coś ścisnęło mnie w gardle, bo sam miałem dziecko w tym wieku, a na to przychodzi matka tego zmarłego maleństwa i pyta, ile dostanie odszkodowania za jego śmierć. Przez chwilę nie wiedziałem, co jej odpowiedzieć, bo zwyczajnie mnie zatkało. Teraz też nie powiem, jak się zachowałem, gdy już równowagę odzyskałem – bo nie wypada...
A najtrudniejszy moment?
Zawsze wtedy, gdy okazywało się, że przyjęta koncepcja śledztwa i wszystko co się z tym wiąże, jest błędna. Ale tak naprawdę najtrudniej było chyba wtenczas, gdy musiałem strzelić do człowieka. Tylko jeden jedyny raz - i na szczęście chybiłem, choć przecież strzelałem po to, by trafi ć. Koledzy, którzy mięli mniej szczęścia i strzelali celniej, nie zawsze znosili to dobrze. To nie takie proste, jak widzi się na filmach - strzelić do człowieka...
Lubi pan filmy o policjantach?
Nie lubię i nie oglądam, bo to przeważnie wierutne bzdury są. Policyjna rzeczywistość pokazywana w polskich filmach ma się nijak do realiów. Szkoda mi na to czasu.
A na co panu nie szkoda czasu?
Na rozmowy z bliskimi, spotkania z przyjaciółmi, dobrą książkę, spacer, czy wędkowanie. Czyli na to wszystko, na co przez 33 lata służby czasu za dużo nie było, bo ta praca wciąga bez reszty. Teraz będzie...
| « poprzednia | następna » |
|---|





















