427
(1 głos, średnia ocena: 5.00 na 5)
Rodzice Kaśki pytają: jak to możliwe, by dziewczyna po studiach przez dwa lata nie mogła znaleźć pracy? Szkopuł w tym, że takich osób, jak Kaśka, jest na południowym Podlasiu tysiące...
podlasie

Pierwsze pół roku było znośne: gdy wysyłała dziesiątki CV, rodzice ją wspierali, pocieszali, miała wrażenie, że rozumieli. Później przestali rozumieć. Zdaniem mamy – w czasach której ukończone studia gwarantowały wysokie stanowisko – to wręcz nieprawdopodobne, by absolwentka filologii nie mogła znaleźć zatrudnienia. Zaczęły się kłótnie, wypominanie pieniędzy, które rodzice wydali na edukację. Jest coraz trudniej, bo do sytuacji w której nie może znaleźć pracy, doszło poczucie winy, że zawiodła rodziców. W podobnej sytuacji do Kaśki, bialskiej absolwentki filologii polskiej na UMCS w Lublinie, jest Kamil, absolwent bialskiej PSW. Twierdzi, że stan bezrobocia nie dotyczy już tylko absolwentów filologii, socjologii, czy turystyki. – Mam znajomych po różnych kierunkach od humanistycznych po absolwentów Politechniki Lubelskiej, czy AWF-u. Łatwiej tym po „polibudzie”, ale i tak nie wszyscy koledzy po budownictwie znaleźli pracę – mówi. Zdaniem Kamila na bialskim rynku, podobnie jak na lubelskim, króluje nepotyzm.
|
426
(1 głos, średnia ocena: 5.00 na 5)
Wychowankowie rodzinnych domów dziecka w Bohukałach i Żabcach są potwierdzeniem, że mimo tragedii, jaką jest utrata rodziców, można mieć szczęśliwe dzieciństwo i szansę na udany start w dorosłe życie.
podlasie
Pierwsze odczucie, to wrażenie rodzinnego ciepła. Uśmiechy dzieci, życzliwość, spokój... Prawie każde dziecko ma swoje zwierzątko – psa, rybki, czy kota. Codziennie wieczorem odrabiają wspólnie z mamą lekcje, pomagają w codziennych czynnościach: sprzątają, uczą się gotować. Zwyczajny dom. – Bo też to jest taki zwyczajny – niezwyczajny dom. A dla nas, przybranych rodziców, te dzieci są po prostu naszymi dziećmi – mówi Iwona Maj z domu rodzinnego nr 2 w Bohukałach.
425
(1 głos, średnia ocena: 5.00 na 5)
Podczas minionych ferii odbyła się wycieczka do Warszawy, w której wzięły udział dzieci z Janowa Podlaskiego i Konstantynowa, w tym dziecięce „korespondentki” Tygodnika, którym ufundowaliśmy wyjazd. Oto ich relacja.
podlasie
Atrakcji było co niemiara. Pierwszego dnia pojechałyśmy do ZOO, gdzie oglądałyśmy nawet takie gatunki zwierząt, które uległy już wyginięciu w naturalnym środowisku. Kolejnym punktem wycieczki był Sejm i Senat, gdzie m.in. oglądałyśmy na żywo obrady Senatu. Stąd udałyśmy się na Starówkę z przewodnikiem Michałem Teodorowiczem, który przybliżył nam najciekawsze informację o dawnej Warszawie. Pomimo mrozu jaki panował na zewnątrz, była to niepowtarzalna wyprawa – dosłownie i w przenośni – w przeszłość. Następnego dnia pojechaliśmy do Muzeum Powstania Warszawskiego, gdzie było naprawdę wyjątkowo. Dowiedziałyśmy się o bohaterstwie Powstańców, wśród których nie brakowało nawet dzieci takich, jak my. Kolejnym punktem programu była wizyta w Łazienkach Królewskich, magicznym miejscu, pięknym tak latem jak i zimą. Stąd udałyśmy się na Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego, gdzie przywitał nas prorektor prof. Tadeusz Klimski, a prof. Artur Andrzejuk opowiedział nam o tej usytuowanej w Lesie Bielańskim uczelni i o swoich związkach z Podlasiem.
O młodzieży, harcerstwie i o tym, co w życiu ważne – z księdzem dziekanem Marianem Danilukiem, nominowanym do nagrody Człowieka Roku Tygodnika Podlaskiego, rozmawia Wojciech Sumliński.
Podlasie
Co zdecydowało o wyborze przez księdza takiej, a nie innej drogi życiowej?
Decydującą rolę odegrała rodzina - mama, babcia. Najbliżsi wpoili we mnie miłość do tradycji, historii, zarazili bakcylem czytania, to także oni pomogli mi odkryć powołanie. Ważną rolę odegrał też ksiądz rektor Edmund Barbasiewicz, mój duchowy przewodnik, z którym łączyły mnie przyjacielskie więzi na zasadzie mistrz - uczeń.
I nigdy ksiądz nie żałował, zawsze był pewny, że obrana droga jest właściwą?
Nie zawsze. Były takie chwile, gdy idąc na przystanek na autobus jadący do seminarium, chciałem zawrócić, by pójść inną drogą.
To ewenement. Tak najkrócej można określić historię Leonie Tavecchio , 24-letniej Holenderki, która zamierza na stałe osiąść na południowym Podlasiu.
Komarno
W ubiegłym roku, od maja do listopada, Leonie przebywała w Polsce na wolontariacie w Domu Dziecka w Komarnie. Na przestrzeni kilku miesięcy, bezinteresownie aktywizowała wychowanków ośrodka, organizowała ich wolny czas, pomagała pracownikom placówki, również w filiach w Janowie Podlaskim oraz w Szachach. Jak to się stało, że z Rotterdamu trafiła na polską prowincję? – Zanim zdecydowałam się na wolontariat w Polsce, kilka razy gościliśmy u siebie w Holandii wychowanków z Domu Dziecka. W okresie wakacyjnym dzieci rokrocznie przyjeżdżają do zaprzyjaźnionych rodzin na tygodniowy odpoczynek – wyjaśnia. Na co dzień, 24-latka pracuje w ośrodku dla upośledzonych umysłowo. Zdobyła kwalifikacje, które umożliwiają jej zajmowanie się osobami starszymi i dziećmi.
Mało kto wie, że w mieście, w skromnej siedzibie, funkcjonuje ośrodek dla ponad 200 chorych na stwardnienie rozsiane (SM) - miejsce, w którym pracują rehabilitanci dojeżdżający do pacjentów z trzech województw, miejsce, w którym chory czuje się człowiekiem, nie przedmiotem.
biała podlaska

Bogusia, Mirka, Ania i Grażyna chorują od kilkunastu lat, ale nie od razu stały się członkiniami bialskiego stowarzyszenia. Przyznają, że do takiej decyzji dojrzewały latami. Dzisiaj nie wyobrażają sobie życia bez spotkań z innymi SM-owcami. A okazji do zlotów nie brakuje. Ogniska, grille, imprezy okolicznościowe, wycieczki, pielgrzymki, nie wspominając o terapii zajęciowej w siedzibie oddziału. - Rozmawiamy, śmiejemy się, staramy się wyciągać z domu innych chorych, bo integracja w tej chorobie, to sprawa podstawowa – przyznaje Grażyna.
|
|